Gdy na błękitnym niebie wiszą ciężkie chmury od razu wiesz, że spadnie deszcz. Liście na drzewach dziwnie bledną, jak by ze strachu przed zawieruchą. Kto wie, może po prostu mają nadzieję zniknąć? Podczas ciszy zwiastującej nieuniknione świat tworzy puzzle, których częściami są same paradoksy. Odgłosy, które powinny niknąć nasilają się, z kolei wszystko staje się jaśniejsze, choć nadchodzące kłębowiska cieni powinny inaczej wpłynąć na otoczenie. Każdy obserwator, którego myśli mogą swobodnie płynąć z wiatrem zauważy piękno przerażonej natury.
Był jednak ktoś, kto traktował burzę jako zwierciadło duszy. Tak, Grell przeklinał i jednocześnie dziękował za deszcz, który, jak miał nadzieję, zmyje z niego wszelkie pozostałości ludzkich wpływów. Stał sam na londyńskim cmentarzu obserwując tylko jeden jedyny grób. Wciąż miał przed oczami jak lśniąca w blasku księżyca krew miesza się z czerwienią płaszcza i zlepia włosy w tym samym kolorze. Pamięta każde słowo, które padło z jego ust, a wszystkie były kłamstwami.
„Kochałem cię, gdy miałaś na rękach krew innych".
Nie prawda. To coś, co łączyło jego duszę z osobą Madame Red wcale nie skończyło się w tamtym feralnym momencie, gdy jego dawna wspólniczka postanowiła ratować swojego siostrzeńca.
„Zawiodłem się".
Owszem, zawiódł się, ale na sobie. Wybrał najprostszą drogę, zamiast choć raz postawić się całemu światu. Może nie w słusznej sprawie, ale na pewno nie egoistycznej.
„Teraz nie jesteś mi już potrzebna".
Była! Miał ochotę wykrzyczeć prawdę prosto w lustro, tak by mieć pewność, że pojmie wagę tych słów. Ciężar błędu wykraczał poza wszystkie znane mu skale.
Wśród wielu innych zlepków nic nie wartych słów było jedno, którego drugi raz nie zdoła powtórzyć. Żelazne łańcuchy ściskały mu serce i sprawiały, że ołowiana kula nijak nie mogła zniknąć z gardła boga śmierci. Niewiarygodnie, ktoś taki jak on był w tej chwili bardziej ludzki niż niejeden obywatel tego wielkiego świata.
- Wielki świat. – prychnął z rozdrażnieniem Grell. Nie można było mu się dziwić, gdyż w tym małym przedziale czasu świat czerwonowłosego skupiał się na niewielkim skrawku ziemi i marmurowej tablicy z danymi, w które nie chciał uwierzyć. Spojrzał na trzy krwistoczerwone róże w swych dłoniach. Nie mogę stać tu po kres czasu, pomyślał z żalem. Jakże by chciał spocząć w tej cmentarnej ziemi, zatopiony w morzu kwiatów z wczorajszego pogrzebu. Miał wrażenie, że spośród pąków lukrecji wypłyną długie i smukłe ramiona, które tak dobrze znał, i przytulą jego głowę do piersi z bijącym sercem. Serce jednak zamilkło i nigdy więcej nie wzbogaci świata o ten miarowy dźwięk. Pragnął go jeszcze raz usłyszeć, choćby jeden tylko raz. Gdyby miał taką szansę za sto lat czekałby cierpliwie, a kielich nadziei z dnia na dzień byłby bardziej pełny. Mimo wszystko wiatr rozwiał iluzje o szczęściu i zaprosił je do wspólnego tańca z liśćmi.
Bóg śmierci na powrót skupił się na grobie. Postanowił położyć kwiaty na samym szczycie okazałej płyty nagrobnej zdobionej w latorośle i róże. Ledwo zdążył się wyprostować, a niebo, już zasnute chmurami, przecięła samotna błyskawica. Zefir nawiedził mogiłę, jakby chciał zabrać duszę zmarłej do krainy śmierci, przy okazji posłał dwie z trzech róż z powrotem do rąk w czarnych rękawiczkach. Grell nie rozumiał, co to miało znaczyć, jeśli w ogóle zawierało jakieś przesłanie, jednak wpadł mu do głowy pewien pomysł. Szalony, zakazany i niebezpieczny, ale tysiąc razy lepszy od użalania się nad sobą. W jego bladozielonych oczach odbiło się zdeterminowanie, a wcześniej wspomniana nadzieja powróciła zalewając dziwnym ciepłem członki czerwonego boga.
- Madame – szepnął wyraźnie nadając swej wypowiedzi charakter powiadomienia i obietnicy. – Twój wierny lokaj odprowadzi cię choćby pod bramy piekielne.
Zamknął oczy, by dać się ponieść melodii pierwszych kropel deszczu. Stopniowo przeradzała się w inny odgłos, na początku trudny do zidentyfikowania. Dopiero po kilku sekundach zabrzmiał w uszach naszego bohatera jak chlupot wody, który towarzyszy płynącej łódce. Powoli uchylił powieki i ujrzał to, za czym serce może najbardziej tęsknić. Mimowolnie uśmiechnął się rozczulony, choć pragnął uniknąć czegoś w tym guście. Stał na długiej z hebanowego drewna wypełnionej białymi i czerwonymi różami. Zatopiona w niej leżała ona – kobieta w czerwieni o delikatnej skórze i głębokim spojrzeniu, którym już nigdy nikogo nie zachwyci. Przykucnął, zdjął jedną rękawiczkę i pogładził biały jak śnieg policzek. Ciało nie emanowało już ciepłem, które znał ze wspomnień, przez co Madame trwała zastygła niczym karmazynowa królowa śniegu.
- Pani – shinigami znów wykonał niekontrolowany gest, tym razem ukłon. Głęboki, z szacunkiem. – Jestem tu. Już nikt cię nie opuści.
W tym momencie w oddali zamajaczyła brama. Jej zawiasy, rozgrzane do białości dumnie trzymały skrzydła wrót, zza których wychylały się języki ognia.
- Los zgotował ci piekło – rzekł z lekka oznaką smutku w głosie. Na pożegnanie wetknął delikatnie parę róży między sztywne palce. Dopiero teraz zauważył, że zmarła jest przykryta czerwoną jak zakrzepła krew suknią. Prychnął.
- Ten szczeniak.
Pomimo niezbyt miłego tonu był wdzięczny Cielowi. Nie tylko on dostrzegł, że biel pasuje do Madame Red tylko na płatkach róż.
- Niewinna byłaś do pewnego momentu. Przyrzekam odpokutować swoje grzechy.
Chciał już wstać, lecz jego spojrzenie padło jeszcze raz na twarz kobiety. Wspomniał Willa, Grabarza, Sebastiana, wszystkich bogów śmierci, z którymi miał styczność, po czym przewertował obraz z przeszłości spędzonej na ziemi. Głaz o imieniu „zwątpienie" wypełnił jego ciało jak płynny ołów. Rozważał za i przeciw, wady i zalety. Grell, mimo znaczącej przewagi wad, był typem ryzykanta. Teraz albo nigdy, miał okazję odpokutować za przewinienia z czasu pobytu wśród śmiertelnych. Musiał być pewny w stu procentach. Przeszkodę stanowiła zbliżająca się brama piekieł. Strzepnął pasmo włosów z ramienia i wplótł palce nagiej ręki we włosy tej, którą kochał. Nie rozumiał tego uczucia, jednak żar w głębi duszy stanowczo zaprzeczał podważaniu tej tezy. Nachylił się opierają drugą dłoń na brzegu gondoli. Ich twarze dzieliły centymetry.
- Twój na zawsze, wierny sługa.
Karmazyn jej ust złączył się z wargami boga. Ta chwila mogła trwać w nieskończoność, jednak piekło coraz mocniej dawało o sobie znać. Grell zakończył pocałunek, ostatni i jedyny, jaki oddał komukolwiek, a następnie ułożył się między kwiatami. Oczy utkwił na wysokości twarzy Madame, by płonąc patrząc na nią. Jego dłoń spoczęła na martwych palcach, poczym cała postać czerwonowłosego zamarła. Ostatnim słowem, które opuściło jego usta było imię.
- Angelina…
Wrota otwarły się z hukiem, a szpony ognistych bestii poczęły chwytać nową ofiarę. Śmiertelny żar spowił parę kochanków, których na wieki zdolna jest połączyć tylko śmierć.
Wszak czerwień jest kolorem miłości.
Ja mam słabość do zgłębiania psychologii(i nie tylko) relacji między Grellem a poszczególnymi bohaterami, z którymi miał styczność(głównie, rzecz jasna z Madame Red i Sebastianem) ^ ^